Przejdź do głównej zawartości strony

1.

Kiedy w 1938 r. Karol Wojtyła zaczął studiować literaturę polską w Uniwersytecie Jagiellońskim, Norwid był już przyjętym, choć jeszcze mało czytanym, klasykiem. W tych właśnie latach, pod koniec swej pracy edytorskiej, Miriam-Przesmycki udostępnił cztery tomy poprawnych tekstów, w tym odkrywcze listy poety (1937). Pomógł mu wydatnie w przygotowaniu tego wydania nie rówieśnik, ale 34-letni wówczas, Zaniewicki. Poeta zaczynał trafiać do późnych wnuków, i to właściwą drogą, bo przez wysiłek intelektu. Pamiętam wykłady Zofii Szmydtowej na Uniwersytecie Warszawskim (zdaje się w 1936 r.), na które chodzili nie tylko studenci, ale i młodzi poeci. Szukali oni instynktownie pierwowzorów nowej poezji nie w importowanych teoriach i dość powierzchownych imitacjach, a tych było pełno, ale w tekstach człowieka, który w poprzednim stuleciu wyznał drugiemu poecie:

Owszem — ciemności ni świata, ni stylu
jam się nie uląkł…

Nieprzypadkowo dobrano teksty, kiedy wystawiono miniaturową komedię Norwida Miłość u kąpieli morskich w warszawskim Teatrze Nowym (1939). W tym samym programie dano rzecz pt. Czasu jutrzennego, debiut dramatyczny awangardowego poety, Józefa Czechowicza. Nieprzypadkowy był także tytuł powojennej powieści Jerzego Andrzejewskiego, Popiół i diament, wzięty z Norwida. Wskazywał na powiązanie duchowe pierwszego pokolenia wychowanego w niepodległej Polsce z poetą, który uczył rozwagi i trudnego heroizmu. Był on obecny w pokoleniu, z którego wielu miało niebawem zginąć.

2.

W pracy tłumacza kontekst literacki jest istotny dla właściwego odczytania tekstu. Pracując nad przekładami poezji Karola Wojtyły, drukującego pod pseudonimem „Andrzeja Jawienia”, odczuwałem w ich kontekście obecność Norwida. To mi pomogło w znalezieniu odpowiedników stylistycznych, tak jak niewątpliwie pomogła świadomość innej obecności: św. Jana od Krzyża w młodzieńczym cyklu, ogłoszonym bezimiennie, Pieśń o Bogu ukrytym (1944).

Jak teraz widzę tę norwidowską obecność? Chciałbym ograniczyć się do problemów poetyki, gdyż te najbardziej uwydatniły się w mojej pracy. Analiza pokrewnych wątków należy do innego rodzaju opracowania; wkracza bowiem w zakres myśli religijnej i filozoficznej. Poetyka natomiast wydaje mi się tutaj pomocna, jeżeli chcemy zbliżyć trudne czasem teksty Wojtyły do czytelnika nie przyzwyczajonego do poezji intelektualnej. Oddanie procesu myślowego w poetyce wiersza, a nie dysertacji, jest stosunkowo rzadkie w tradycji polskiej (w przeciwieństwie do angielskiej, od Pope’a do Eliota). Ale właśnie u Norwida, w poematach o charakterze dyskursywnym czy medytacyjnym, jak Niewola, Fulminant, Rzecz o wolności słowa, a szczególnie w tych, które wybiegają w przyszłość jako eksperyment formalny, odnajdujemy wzorce dla takiej poezji. Myślę o fragmencie A Dorio ad Phrygium. Tu fakt i komentarz oraz namysł, łączący części utworu, ukazują perspektywę w ruchu, co zresztą uwydatnia metafora naprawdę perspektywiczna:

Sosn szeregi za mną i przede mną
Jak chór grecki zbiegały się w epod.

Narracja taka musi odbiegać od fabuły, zdarzenie ukazuje się w niej migawkowo; poeta woli nawroty obrazów, cykliczność, tak jak to się dzieje w procesie myślowym. Już wcześnie u Wojtyły–Jawienia jest to norwidowskie odważanie myśli na szalach z użyciem paradoksu, gdzie kontrast lub negacja są konieczne dla uwypuklenia myśli szukającej swojego kształtu. Występują zdania równoległe, takie spojrzenia nagłe poza krąg wywodu, które potrzebują niekiedy nawiasów, żeby tę równoległość zaznaczyć (np. w Rozważaniu o śmierci). „Waga” i „szala” powtarzają się często w jego słownictwie, kiedy tematem jest myśl, a myśl z kolei dyktuje układy składniowe, kreśląc zdania jak równoleżniki na mapie argumentu.

Dla czytelnika przywykłego do lirycznych wiązanek, gdzie sentyment jest konkluzją, sama już składnia, którą posługują się Norwid i Wojtyła, może powodować opory natury sentymentalnej. Okazuje się, że tak zwana chropowatość wiersza jest często niczym innym niż doborem słów, do których czytelnik nie jest przyzwyczajony. Dotyczy to nawet tytułów, jak na przykład Zanim jeszcze potrafiłem rozróżnić wiele profilów lub Odkupienie szuka twego kształtu, by wejść w niepokój wszystkich ludzi. Ich długość jest symptomatyczna dla treści, którą zapowiadają. Spójrzmy na zestawienie: Myśl jest przestrzenią dziwną. Wyraz „przestrzeń” w tytule nie udziwnia procesu myślenia, ale ukazuje jego wymiar w istnieniu, niejako na krańcu samej wymierności. Myśl Jakuba, której „brakowało słów”, spotyka w tej przestrzeni dziwnej siłę nieznaną, „bo nigdy rzeczywistość nie rozstąpiła się przed nim tak nagle”. Jakub staje się podróżnikiem w kosmosie myśli. Autor poematu rozumiał implikacje niezwykłej metafory Norwida, że „na wysokościach myślenia jest sfera skąd widok stromy”. Właśnie ta stromość widoczna jest w poetyce obu twórców.

Poemat-medytacja musi być w „siebie pochylon”, jak ów norwidowski pamiętnik artysty — przepaść jest w nas, abyssus, tak w Psalmie 41, z którego motto wziął Wojtyła do wiersza Przepaść: „Ludzie razem zebrani przesuwają tę przepaść jak łódź na swoich barkach”. Język uważa więc taki trud w zdaniu. W poezji paradoksu język będzie zawsze zagadką, inaczej nie byłoby niespodzianego zderzenia znaczeń. A to, co abyssus chowa jako zagadkę, zmusza artystę do pochylenia wewnątrz, w semantykę odziedziczonych słów. W Wigilii Wielkanocnej 1966 Wojtyła zaczyna dyskurs od rozmowy z sobą, a po długiej części III zatytułowanej znamiennie Spojenia umieszcza rozważanie o rozwoju języka („Czy znaczenie nadaje się umysłem, czy także sercem?”).

Mistyka szuka kształtu znaczeń, dlatego św. Jan od Krzyża, tak jak Norwid czy też Gerard Manley Hopkins, posługiwali się stylem, którego nie sposób zrozumieć bez analizy semantycznej. Zwróciłem dawno temu uwagę na zbieżności między Norwidem i Hopkinsem. Hopkins przetwarzał rytm, archaizował, budował neologizmy, dawał osobliwe zestawy akcentów, był na swój sposób pochylon w ciemność mowy. U Wojtyły jest taki zwrot:

Tajemnica — to zapis głęboki
dotychczas nie odczytany do końca.

3.

Piękno oświetla znaczenia słów od wewnątrz, czasem przywraca im „wygłos-pierwszy”. Nie twarzą w twarz, ale profilem wobec piękna:

…o pięknem rzekłem — że to profil Boży,
Przez grzech stracony nawet w nas, profilu
cieniach.

Pod względem poetyckim jest to jedno z kluczowych sformułowań Norwida, nie tylko ważne do odczytania Promethidiona, ale także do przyjęcia tej stałej obecności stylu, migawkowości odkryć, kiedy lux in tenebris lucet. Profil jako pojęcie mistyczne przeszedł z Promethidiona do Profilów Cyrenejczyka (1957). Jest ich czternaście (bez tytułowej postaci Szymona z Cyreny) – uderzyła mnie sama liczba, bo odpowiada stacjom Drogi Krzyżowej – i to właśnie, w sensie norwidowskim, zespala linię zdania z linią rysunku. Głowy na płaskorzeźbach czternastu stacji są ukazywane w profilu. Jakże to połączenie wydaje się bliskie synchronizującym pomysłom poety, który był przecież rysownikiem i rzeźbiarzem. W cyklu Profile Cyrenejczyka profil jest jakby rysunkiem samopoznania, stąd nagłe odkrycia w ruchu linii („profil przechodzi w przekrój”) – skróty tego typu są pokrewne technice Norwida. Można by wiele mówić o profilach narracji, gdzie szczegół się uwydatnia dlatego, że myśl w nim wzbiera (charakterystyczne słowo Wojtyły), jak w opisie księcia Mieszka wśród szczepionych drzew (Wigilia Wielkanocna), albo w profilowym zbliżeniu biskupa Stanisława, którego imię król Bolesław „mieczem wypisał na posadzce katedry”. Posadzka jest miejscem zapisu. Jeden z ważnych utworów w grupie krótkich wierszy, napisanych podczas Soboru Watykańskiego, nosi tytuł Posadzka. Norwid odczytywał „kreślone obuwiem lekkim kręgi” na wywoskowanej posadzce balowej. Odczytywanie znaczeń z kresek, z profilu. Redukcja i skrót.

W swoim największym cyklu, Vade-mecum, Norwid posługiwał się często wierszem gnomicznym, i to takim, który pozwalał mu na stawianie pytań zawierających zagadki. Mówią o tym same tytuły: Gadki, Zagadka, Czemu, Coś. Inne tytuły w Vade-mecum sięgają także do gnomicznej tradycji, do fraszki i do bajki (ciekawe, że poeci, którzy najbardziej przetworzyli układ zdania poetyckiego w polskim XIX w., Słowacki i Norwid, poznali się na eksperymencie Krasickiego w Bajkach i przypowieściach). Niektóre z wierszy Wojtyły w cyklu cyrenejskim czy soborowym czerpią z podobnych źródeł i podobne brzmią w nich pytania. „Czy potrafisz przekonać, że w ślepocie może być szczęście?” (Niewidomi). „Czy wystarczy zagłębić się w źródła, nie szukając niewidzialnych Rąk?” (Źródła i ręce). Te utwory, podobnie jak Ewangelia, Synodus, Aktor, Dzieci, mają odpowiedniki formalne w Vade-mecum. Obaj poeci zamykają paradoksalną treść w przypowieści. Mam tu na myśli przypowieść w odróżnieniu od bajki (gdzie działają i mówią zwierzęta), taka zresztą różnica jest w tytule Krasickiego, Bajki i przypowieści.

Dziewczyna zawiedziona w miłości, która zaczyna się od ogólnego stwierdzenia, a potem poprzez pytania sugeruje dwuznaczność osobistego cierpienia, wydaje mi się klasycznym przykładem przypowieści, jak są nim w Vade-mecum utwory Język-ojczysty i Styl nijaki. Oczywiście biblijne wzory nadały tej formie dydaktyczny charakter. Norwid wiedział jednak o potencjale dramatycznym w formie aż tak zwartej.

„Parabole mają to do siebie – tłumaczył w czwartym wykładzie o Słowackim – że nie tylko prawdy przedstawiają, ale i dramat życia prawdę wyrabiający”. Stąd zapewne potrzeba głosu lub wielogłosu, żeby przypowieść udramatyzować. Fraszka Norwida („Jeśli ma Polska pójść nie drogą mleczną”) dramatyzuje się znakomicie w recytacji (jeśli się wie, jak recytować dwugłos), a sens przypowieści jest ironicznie ukryty w słowach „koniec rozmowy”.

Wojtyła posługuje się dialogiem wewnętrznym, ale jest to dialog skrótów, gdzie głosy na siebie zachodzą, jak w Schizotymiku czy w rozmowie z człowiekiem (Wigilia Wielkanocna), gdzie jest „spór o znaczenie rzeczy”. Dialog tak zarysowany wyraża myśl, a przy tym daje myśl niedopowiedzianą. Są w nim przemilczenia, pauzy, międzywiersze, które medytacja znowu podejmie, aby dialog dalej istniał, nawet poza słowami. Początek poematu Myśl jest przestrzenią dziwną mówi o oporach stawianych wyrazom przez myśli:

Bywa nieraz, że w ciągu rozmowy stajemy w obliczu prawd,
do których brakuje nam słów, brakuje gestu i znaku –
bo równocześnie czujemy: żadne słowo, gest ani znak –
nie uniesie całego obrazu,
w który wejść musimy samotni…

Mowa potoczna jest zawsze wyboista i pełna przemilczeń. Norwid przez rozdzielanie słów, przez swą często dziwaczną etymologię szukał pra-kolebki pieśni, odkrywając i stosując ciekawe pomysły, jak to się stało w Ruszaj z Bogiem, gdzie cały utwór jest niespodzianką, prześwietleniem, a jednocześnie naświetleniem frazy. Tą metodą posługuje się Wojtyła, umieszczając wyraz tak powszedni jak np. „przejście” w zmiennych kontekstach (Rozważanie o śmierci), aż w końcu słyszymy jego wygłos pierwszy. Stąd u obu poetów szacunek wobec powszedniości, wobec zdarzeń, które przemijają. Ich przemijanie bowiem ukrywa mistyczny sens, podobnie jak starte słowo, rzucone w rozmowie, daje nagle odbłysk prawdy. Cały cykl Matka, jeżeli zanalizujemy nawroty we frazach, jest o powszedniości i tajemnicy, o świetle, „które snuje się w owych zdarzeniach”. Jak celnie wyraził Norwid tę powszedniość „nad-powszednią”:

W tej powszedniości, o! jakże tu wiele
Mistycznych rzeczy i nieodgadnionych,
Maleńkich, jako światełka w kościele.

Podobne rozumienie powszedniości musi oddziaływać na sposób, w jaki fraza kolokwialna przeistacza się w taki eksperyment jak w wierszu Co począć (gra na znaczeniach: pracować musisz, pot z czoła, zawrót głowy). Kamieniołom Wojtyły, najtrudniejszy z jego poematów do tłumaczenia, jest norwidowski nie tylko w tym, że mówi o pracy, o trudzie fizycznym, ale że daje językowe przeistoczenie: materia, w tym wypadku kamień, chłonie energię rąk i następnie nasyca swą energią wolę człowieka. Przeistoczenie idzie w głąb, a dobro w tak pojętym kontekście musi być trudne:

Za ten pion, za tę pewność umysłu, za pewność oka
płaci się ręką szczodrą.
Wydaje ci kamień swą moc, a przez pracę dojrzewa człowiek,
ona bowiem niesie natchnienie trudnego dobra.

4

Powierzchowne czytanie tekstów z Vade-mecum może prowadzić do wniosku, że jest to dydaktyka. Dydaktycznie brzmią także cytaty z poematów Wojtyły, gdzie dominuje argument. Ale zbyt często sam wydźwięk abstrakcyjnych wyrazów, które przywykliśmy rozumieć w jednym znaczeniu, wprowadza w błąd. Norwid nie nakłada morału na tekst: nakłada poezję na morał i w ten sposób daje semantyczną rewaluację (omówiłem to szerzej w szkicu Cyprian Norwid’s Vade-mecum. An Experiment in Didactic Verse w „The Slavonic & East European Review”). Jeśli chcemy obstawać przy dydaktyce, to jest to dydaktyka paradoksu, zmierzająca w głąb skostniałych pojęć. Nic dziwnego, że współcześni minęli się z jego formą, a gnomiczny eksperyment, oscylujący między przypowieścią i bajką, przypomina nam dzisiaj poezję suficką. Czytelnik musi sam zapalić tę świecę, o której pisze Norwid w wierszu Ciemność. Jego poezja nie potrzebuje pośredników, chce wciągnąć myśl w labirynt znaczeń, którymi się posługujemy.

Można by zaryzykować twierdzenie, że taka metoda nie tylko pragnie współpracy drugiego umysłu, ale że prowadzi zaułkami języka do ukrytej prawdy. Norwid rozbija dydaktyczne nawyki, nawet w pozornie starych formach, jak bajka czy fraszka, a udaje mu się to dlatego, że pozwala poezji nawracać przez poezję. Jest w tym coś charyzmatycznego. Norwid nie chce nikogo zapędzać do jakiejś zbiorowej wizji. Chodzi mu o wizję, która jak profil błyskawicy rozświetla na chwilę ciemność. „Prawda obejmuje życie, jest więc niejasna, bo obejmuje rzecz ciemną” (O Juliuszu Słowackim, Lekcja V). Stąd zmaganie się z przedmiotami wyobraźni, które niekoniecznie są wizją.

Karol Wojtyła rozumie trud człowieka, który cierpi z braku „widzenia”: „przedzierać się musi przez znaki do tego, co ciąży w głębi, co jak owoc dojrzewa w słowie” (Myśl jest przestrzenią dziwną). Nie ma gotowej prawdy: czytelnik spod znaku

Norwida musi ją sprawdzać poprzez przeżycie. „Kraina znaczeń rozpościera się w poprzek niedocieczonej miłości”, tak mówi Weronika w wierszu Wojtyły. Imię jej „powstało z zapatrzenia”.

Dziwne są zaiste losy zapatrzenia, które poeta zostawił na płótnie swojej doczesnej wizji. Ten zapomniany i trudny zabłysnął swoim profilem w poezji późnego wnuka, któremu Opatrzność pozwoliła zbliżyć ukrytą prawdę swojego narodu do świadomości świata.

„Bierzemy w swe ręce zarys nieuchronnego czasu”, to piękne zdanie z poematu Stanisław mogłoby wyjść spod pióra Norwida.

Jerzy Pietrkiewicz

«Refleksje tłumacza» zostały wygłoszone przez Jerzego Pietrkiewicza podczas sesji naukowej w setną rocznicę śmierci Cypriana Norwida, która odbyła się w Krakowie w październiku 1983 r., Jak wspominał Józef Franciszek Fert, «w kolejnym punkcie sesji wystąpił Jerzy Pietrkiewicz (University of London) z tematem Obecność Norwida w poezji Karola Wojtyły. Praca ta, oparta na paraleli, miała wydobyć wpływ Norwida na dokonania poetyckie Wojtyły. W dyskusji wskazywano na silnie zaznaczające się w dorobku literackim Wojtyły przełomy o charakterze ideowym, nie artystycznym, oraz na pewną fazowość inspiracji norwidowskiej w omawianej poezji».

źródło: «Motywacje» 2001, nr 1


JERZY PIETRKIEWICZ (ps. „Jerzy Peterkiewicz”, „Eugenia Zdebska”), poeta i powieściopisarz, eseista, historyk literatury i tłumacz. Urodził się 29 września 1916 r. we wsi Fabianki. Pochodził z chłopskiej rodziny i dorastał mówiąc gwarą. Po śmierci obojga rodziców podjął naukę w liceum im. Jana Długosza we Włocławku, gdzie w wieku 14 lat po raz pierwszy zetknął się z polszczyzną literacką. Naukę kontynuował na Uniwersytecie Warszawskim, studiując dziennikarstwo. Do literatury wszedł przebojem jako 19-letni reprezentant tzw. autentyzmu, głoszącego bezpośrednią i subiektywną „jedność prawdy artystycznej i życiowej”. Debiutował na łamach „Okolicy Poetów”, skupiającej twórców pochodzenia pejzańskiego i broniącej wartości prowincji w opozycji do wielkomiejskiego kosmopolityzmu; rychło związał się z nacjonalistycznym tygodnikiem „Prosto z Mostu”, współpracował także z „Myślą Narodową”, „Jutrem Pracy” i „Kuźnią Młodych”. Jego pierwszy tomik poezji Wiersze o dzieciństwie ukazał się w 1935 r. Rok później wydany został jego pierwszy poemat narracyjny Prowincja (1936), za który otrzymał nagrodę literacką „Prosto z Mostu” i był entuzjastycznie prezentowany przez Stanisława Piaseckiego jako największa nadzieja literatury narodowej. Sam Pietrkiewicz ostro krytykował wówczas postawę starszych poetów „Wiadomości Literackich”, w tym Juliana Tuwima, który potem odgryzł mu się wulgarnie („Pierd-Pietrkiewic”) w Kwiatach polskich. W 1938 r. ukazał się kolejny zbiór Wiersze i poematy. We wrześniu 1939 r. Jerzy Pietrkiewicz przedostał się przez Rumunię i Francję do Wielkiej Brytanii. Zwolniony ze służby wojskowej ze względów zdrowotnych, podjął studia na Uniwersytecie St Andrews, gdzie w 1944 r. uzyskał tytuł magistra. Trzy lata później obronił doktorat z literatury angielskiej w londyńskim King’s College. Jego rozprawa stała się podstawą głośnej Antologii liryki angielskiej 1300–1956. W 1950 r. Jerzy Pietrkiewicz rozpoczął wykłady z języka polskiego, a następnie literatury polskiej, na Uniwersytecie Londyńskim. Tytuł profesora języka i literatury polskiej otrzymał w 1972 r., w latach 1972–1979 był kierownikiem Katedry Języków i Literatur Wschodnioeuropejskich. W latach 50. podjął decyzję, że nie będzie już pisał po polsku, wybierając jęz. angielski. Jego pierwsza powieść, The Knotted Cord, ukazała się w 1953 r., a do 1969 r. opublikował kolejnych siedem powieści. Jego liczne prace naukowe koncentrowały się na teorii literatury i poezji. Do wybitnych dzieł z lat 70. należą The Other Side of Silence: The Poet at the Limits of Language oraz monografia o sekcie mariawickiej w Polsce, Trzeci Adam. Ostatnie lata życia poświęcił tłumaczeniu poezji Karola Wojtyły po tym, jak został wybrany do tej roli przez Komisję Papieską oraz samego Ojca Świętego. Tłumaczenia te obejmują Easter Vigil & Other Poems (1979), Collected Poems (1980), The Place Within (1994) oraz Roman Triptych (2003). W Who’s Who wymienił jako swoje zainteresowania podróże: „zewnętrzne i wewnętrzne”. Zmarł 26 października 2007 r.

źródło: Fundacja Edukacyjna Jerzego Pietrkiewicza