Przejdź do głównej zawartości strony

Istnieją dwa powody, dla których zgodziłem się dziś przywołać pamięć o kardynale Stefanie Wyszyńskim.

Pierwszy z nich to fakt, że ten człowiek był światłem, oparciem i zbawieniem dla swojego narodu. Po jego śmierci Polska natychmiast stała się przedmiotem międzynarodowego zainteresowania. Myślę, że resztę uczynił Bóg. O bardzo niewielu ludziach można coś takiego powiedzieć.

BRAT I PRZYJACIEL

Drugi powód jest bardziej osobisty: byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Nie przemawia dziś do Państwa ktoś, kto znał kardynała z książek czy opracowań, ale człowiek, który znał go osobiście — jako brat i przyjaciel.

Na początku chciałbym krótko wyjaśnić charakter naszej przyjaźni. Obaj zostaliśmy kardynałami tego samego dnia — 12 stycznia 1953 r. On jednak nie mógł wtedy przyjechać do Rzymu i otrzymał czerwony biret/ kapelusz kardynalski dopiero cztery lata później. Choć formalnie zajmował nieco niższą rangę, ponieważ ja wcześniej zostałem arcybiskupem, to z czasem — gdy kolejni nasi współbracia odchodzili — jego miejsce podczas zgromadzeń Kościoła znajdowało się zawsze tuż obok mojego. Od tej pory, czy to podczas konklawe, konsystorzy czy kongregacji, zawsze siedzieliśmy razem. Ta bliskość, umocniona moim podziwem dla jego osoby, zrodziła prawdziwą i trwałą przyjaźń.

Nie zapomnę sytuacji, która miała miejsce w Kaplicy Sykstyńskiej, w październiku, trzy lata temu, kiedy arcybiskup Krakowa został wybrany papieżem. Jako pierwszy kardynał prezbiter miałem obowiązek podejść do nowo wybranego i zapytać go, czy przyjmuje wybór. Gdy wróciłem na swoje miejsce, kardynał Wyszyński osunął się na moje ramię, zalany łzami, i wyszeptał: — Tracę przyjaciela… tracę przyjaciela!

Odpowiedziałem mu: — Nie! Kiedy ktoś wznosi się wysoko, jeśli tylko nie jest głupcem, zachowuje przyjaciół, których miał wtedy, gdy był jeszcze nisko — i ceni ich jeszcze bardziej. Bo ci, których pozyska, będąc już na szczycie, nie wszyscy okażą się szczerzy i bezinteresowni.

Dodałem: — Odwagi! Ksiądz kardynał wkrótce zobaczy dowód, że ta przyjaźń nie tylko nie osłabła — lecz przeciwnie, rośnie!

I rzeczywiście, kilka dni później papież przyjął w Auli Pawła VI tysiące ludzi, w tym liczną grupę Polaków. Na podium znajdował się także kardynał Wyszyński. Gdy papież go pozdrowił, prymas ukląkł — a wtedy papież… ukląkł przed nim. Nikt z nas nigdy tej sceny nie zapomni.

Dlatego właśnie zgodziłem się dziś złożyć to świadectwo.

ŚWIADECTWO PRZYJACIELA

W moim gabinecie wisi obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który kardynał Wyszyński podarował mi wraz z osobistą dedykacją. To właśnie przed tym obrazem każdego dnia odmawiam swoje ostatnie modlitwy wieczorne.

Pamiętam, jak podczas jednego z synodów — jak zwykle siedzieliśmy obok siebie — pojawiła się propozycja wystosowania listu do papieża w ważnej sprawie. Powiedziałem wówczas:

— Proszę, niech ksiądz kardynał napisze go razem z biskupami polskimi. Bo w sprawie takiej wagi wy — którzy cierpieliście — macie prawo mówić. My, którzy nie cierpieliśmy, nie mamy takiego prawa.

I — jak sądzę — to on ten list napisał.

Opowiadam o tym nie po to, by mówić o sobie, ale by przedstawić niejako moje „referencje”. To, co chcę dziś przekazać, pochodzi wyłącznie z osobistego doświadczenia. To nie akademicki wykład. To świadectwo przyjaciela.

NIGDY O SOBIE

Powiedziawszy to tytułem wstępu, chciałbym teraz nakreślić zwięzły portret kardynała Wyszyńskiego.

Nie dotykam jeszcze głównego punktu, który uwydatnia jego postać, ale potrzebny jest wstęp, coś na kształt opisu profilu tożsamości Wyszyńskiego.

Kardynał Wyszyński był wysokiego wzrostu, o jasnej cerze i szczupłej twarzy. Jego oblicze miało w sobie coś młodzieńczego — nigdy nie utraciło wyrazu skupienia i kontemplacji. Rzadko podnosił wzrok. Był człowiekiem głębokiej wewnętrznej medytacji, a zarazem niezwykle uprzejmym i serdecznym. Nigdy nie zaobserwowałem u niego żadnego gwałtownego odruchu, który oznacza brak panowania nad własnymi nerwami. Nigdy nie mówił o sobie. Gdy opowiadał o wydarzeniach ze swojego życia, czynił to tak, jakby jego własna osoba miała pozostać poza sceną — nawet w opowieściach o samym sobie.

Na pierwsze konklawe, w którym uczestniczyliśmy wspólnie— a było to w 1958 r. — udało mu się przybyć do Rzymu. Gdy go spotkałem (spotkałem go w Watykanie podczas kongregacji przygotowawczych do konklawe), zaskoczyło mnie, że jego sekretarzem, oczywiście Polakiem, był mój dawny kolega z Uniwersytetu Gregoriańskiego. Rozmawialiśmy więc bardzo naturalnie – gdy starzy przyjaciele się spotykają, zawsze mają o czym rozmawiać, bo więzi z młodości — z lat świeżych, szczerych i spontanicznych — to te, które trwają najdłużej.

ŚWIĘTY AUTORYTET

Pamiętam, że opowiedział mi wtedy coś, co dobrze charakteryzuje prymasa Polski: każdego ranka kaplica arcybiskupa, w której odprawiał Mszę Świętą, była pełna księży, ponieważ wszyscy, którzy chcieli z nim porozmawiać — a jako arcybiskup Warszawy i prymas Polski musiał ich mieć wielu — najpierw przychodzili, by uczestniczyć we Mszy Świętej z prymasem. Mnie osobiście się to nie zdarza, co znaczy, że to rzecz bardzo wyjątkowa i znacząca! I sama w sobie wystarcza, by zdefiniować, jakim był autorytetem — świętym autorytetem!

Otóż przedstawiłem go krótko, ale to jeszcze nie koniec. Warto opisać jego pełną sylwetkę intelektualną i moralną.

Miał ogromną wiedzę literacką, filozoficzną i teologiczną. Jego dorobek piśmienniczy jest bardzo obszerny— kilka lat temu zebrano pewną liczbę jego pism i wydano tom liczący 700 stron. Jeśli się nie mylę, został on przetłumaczony na francuski, a może także na włoski, ale tego nie wiem na pewno.

Miał zatem wizję literacką, naukową, filozoficzną i teologiczną — szeroką i głęboką.  Co więcej, był zaangażowany w działalność wielu ruchów i stowarzyszeń. Pojawiał się w wielu miejscach, a później  usuwał się na drugi plan, ponieważ ten człowiek nigdy się nie wystawiał się na pokaz — nigdy!

Miał umysł rozległy i głęboki. Ale jeszcze większa była jego wiara.

POLAK, KTÓREGO ZNAŁ ŚWIAT

Występował publicznie z niezrównaną siłą i z wyjątkowym autorytetem w swoim kraju; było jasne, że największym autorytetem w Polsce jest prymas.

Byłem w Polsce i mogłem to stwierdzić osobiście!

Dużo podróżował. Nie był zamknięty w granicach Polski, o nie! Miał prawdziwą wizję ponadnarodową. Dlatego to porównanie z innymi narodami pozwalało mu mieć znacznie bardziej precyzyjny obraz własnego narodu, który kochał serdecznie.

Wierzę, że istnieje pewna skala miłości do ojczyzny; mogę powiedzieć, że do tej pory nie spotkałem miłości do własnego kraju takiej, jaką znalazłem w Polsce; inne narody są bardzo, bardzo daleko. A on był Polakiem — ale Polakiem, który znał świat.

W 1925 r. został wyświęcony na kapłana; urodził się w Zuzeli, w diecezji łomżyńskiej, a pierwsze doświadczenia kapłańskie zdobywał we Włocławku.

W 1946 r., wśród jeszcze dymiących ruin powojennej Polski, został mianowany biskupem lubelskim. Diecezja lubelska jest najbardziej wysuniętą na wschód diecezją Polski, prawie na granicy z wielkim sąsiadem. W 1946 r. przyjął tę nominację. To było prawdziwe bohaterstwo.

A już dwa lata później, w 1948 r., papież Pius XII, który oprócz wielu innych wielkich zalet (nie zawsze pamiętanych) posiadał także tę, że znał ludzi i miał niezwykłą intuicję (takiej zdolności, jaką miał on, nigdy więcej nie spotkałem), to właśnie on powołał biskupa Lublina i mianował go prymasem Polski jako arcybiskupa Gniezna i arcybiskupa Warszawy: połączył obie diecezje w taki sposób, by prymas mógł przebywać w Warszawie. Byłoby niekorzystne, gdyby prymas rezydował tylko w Gnieźnie, które znajduje się co najmniej 300 km na zachód od Warszawy. W ten sposób więc rozpoczął swoją posługę dla całej Polski.

OFIARA NARODU POLSKIEGO

I oto dochodzimy do punktu, który czyni go historycznie wielkim.

Wszyscy znają dzieje Polski; nie będę ich tu opowiadał, bo mówić o nich to temat zbyt delikatny. Przypomnę tylko jedno: Europa, która uważa się za kolebkę wielkiej cywilizacji i szczyci się swoją wdzięcznością, w rzeczywistości przez wieki była ocalana dzięki ofiarom narodu polskiego — który powstrzymywał Tatarów, Mongołów.  To właśnie Polska przelała krew swoich synów za Europę — a Europa o tym zapomniała.

Potwierdza to architektura sanktuarium w Częstochowie z Czarną Madonną na Jasnej Góre. Sanktuarium to prawdziwa twierdza. Aby dojść do bazyliki, trzeba przejść przez trzy, cztery dziedzińce – są to dziedzińce twierdzy.

Nie można też zapomnieć, że po oddaniu tych wielkich przysług Europie, „nagrodą” dla Polski była caryca Katarzyna, kobieta o wielkim talencie i wyjątkowej przebiegłości, która sprawiła, że król Polski, nazwijmy go po imieniu — Stanisław August Poniatowski — stał się jej wasalem, ponieważ w rzeczywistości to Katarzyna była jego panią. I od tego czasu, aż do 1918 r., Polska była pod zaborami, nie miała żadnej wolności.

Znamienne jest jednak to, że miłość do wolności zachowała się właśnie w tych, którzy tę wolność  tylekroć tracili.

Dzisiejsza sytuacja Polski jest wszystkim znana; nie muszę jej tu opisywać. Ale to, co mnie porusza i co chcę zrozumieć, by wyjaśnić tajemnicę tego wielkiego kardynała, czyli prymasa Wyszyńskiego, to fakt, że w Polsce nic się nie działo (a wszyscy wiedzą, jak wyglądała tam sytuacja!), czego on by nie akceptował lub nie pragnął.

Kościół był dotknięty przez to, że został pozbawiony wolności; Polacy o tym wiedzieli.

KRĘGOSŁUP NARODU

Zauważyłem to w licznych świątyniach w Polsce. Ludzie na ulicach rzadko otwarcie rozmawiali, rzadko się uśmiechali. Ale gdy wchodzili do kościoła – to widziałem wiele razy –  gdy tylko przekraczali próg, zaczynali się uśmiechać; mieli wrażenie, że wchodzą w przestrzeń wolności.

I właśnie w tym tkwi cały sekret: ten człowiek stał się kręgosłupem narodu.

Pewnego dnia opowiadał mi, że po smutnych dniach, jakie nastąpiły po wydarzeniach w Gdańsku, rząd się zmienił, ale nowy premier był taki sam jak poprzedni. Trzy dni po objęciu władzy, dość pośpiesznie udał się z wizytą do prymasa, by przedstawić mu program rządu. Kto by pomyślał! Pierwszym punktem tego programu – zanotowałem te słowa – było: „uregulować stosunki z Kościołem”; drugim punktem było: „rozwiązać kwestię płac robotniczych”. I wiecie, co mu odpowiedział prymas Polski? Powiedział: „Panie premierze, najpierw proszę uregulować płace robotników, a potem porozmawiamy o Kościele.”

Niedługo potem, po tym jak został mianowany kardynałem, został aresztowany i przewieziony do starego opuszczonego klasztoru kapucynów na północy Polski. Cztery lata spędził w odosobnieniu. Ale nawet wtedy, wśród ciemności, jego postać świeciła jak latarnia – choć był internowany, zamknięty, nie mógł wychodzić, przez Polskę od Gdańska, Poznania, Gniezna, Krakowa aż po Warszawę, przetaczały się protesty robotników wychodzących na ulice z hasłami: „Chleba i Kardynała!”.

Takie rzeczy nie działy się nigdzie indziej!

NIE BĘDĘ ZDZIWIONY

Wiem dobrze, jak wyglądało jego uwolnienie; historia ta znana jest tylko nielicznym osobom. Został uwolniony w 1957 r., by przynieść nową nadzieję narodowi. Tryumfalnie powrócił do Warszawy. I odtąd nikt nie ośmielił się już go tknąć. Nie szukał rozgłosu. Był człowiekiem pokornym — a mimo to, nie było w Polsce nikogo, kto mógłby go przyćmić. Nawet rząd komunistyczny musiał liczyć się z jego głosem.

To ważny fakt, który go wyróżnia: ten człowiek potrafił zdobyć taki poziom autorytetu, nie szukając rozgłosu, będąc człowiekiem pokornym.

Nie będę zdziwiony, jeśli któregoś dnia rozpocznie się jego proces beatyfikacyjny. Nie twierdzę, że wzywam do tego, nie uważam się za proroka — ale… nie byłoby to dla mnie zaskoczeniem.

Najbardziej zadziwiające w nim było to, że potrafił zjednoczyć naród. Zjednoczył episkopat — około sześćdziesięciu biskupów — mimo różnic charakterów i poglądów. Duchowieństwo trwało zjednoczone z biskupami. Naród — z kapłanami. W centrum stał on — Prymas — duchowy kręgosłup Polski.

Słyszałem, że nawet gdy biskupom w Kościele polskim zdarzało się nieco różnić w poglądach, sprzeciwiać się pewnym decyzjom, lud zawsze trwał wierny — nikt nie śmiał niczego komentować i podważać. Ludzie przychodzili słuchać biskupów, bo w tych dokumentach hierarchów kościelnych i w ich obecności w Kościele — jedynym miejscu, gdzie mogli się uśmiechnąć — odnajdywali oddech swej wrodzonej wolności.

Ten człowiek potrafił stać się kręgosłupem narodu i uczynił z narodu jedność. To jest fakt.

ODDANY MATCE BOŻEJ

Jak to możliwe? Odpowiedzią może być jego dewiza biskupia: Soli Deo. A jako prymas dodał: Per Mariam. Te dwa słowa streszczały całe jego życie.

Był całkowicie oddany Matce Bożej. Gdy chciał przemówić do narodu, gromadził cały episkopat na Jasnej Górze. Tam, na wałach klasztoru jasnogórskiego, celebrował Mszę Świętą, a poniżej gromadziły się tłumy — czasem milion ludzi. Przemawiał nie jako polityk, ale jako człowiek wiary. I właśnie dlatego jego głos był tak silny.

Prymas odprawiał tam Mszę Świętą zwykle dwa lub trzy razy w roku – a pod wałami jasnogórskimi było każdorazowo około miliona osób. Zawsze!

Nie zniżył się do walki na brudnym polu polityki. Zawsze zachował święty dystans — przemawiał w imieniu Ewangelii, nie ideologii. Dlatego nawet ci, którzy nie byli ludźmi wierzącymi, słuchali go z szacunkiem.

W tym przemówieniach ten człowiek, mówiąc w imię Boga i wyłącznie z religijnego punktu widzenia – i właśnie w tym tkwiła jego siła, nie wychodził poza to, co chciał powiedzieć, bez zbędnych pochlebstw, w imię religii, religii katolickiej. Nigdy nie wygłosił przemówienia politycznego, nigdy! Miał w sobie siłę, by tam, gdzie istniała pokusa, by wejść w politykę, nie zrobić tego. Prosił, protestował i w ciągu dwóch dni cała Polska, aż po ostatniego ucznia, wiedziała, co powiedział prymas. Nie można było wydawać oficjalnych gazet, poza biuletynami religijnymi, ale w tamtych dniach, trzy razy w roku, naród polski wiedział, jak się orientować. To właśnie homilie prymasa poruszały Polskę i były punktem odniesienia. Pozostał sobą, bronił ludzi, ale z punktu widzenia praw, jakie otrzymali oni od Boga i jakie wynikały z nauki Chrystusa.

Oczywiście, gdyby to nie on je wygłaszał, gdybym to był ja, nic by z tego nie wynikło, bo ten człowiek był kimś otoczonym nieporównywalnym prestiżem, miał taką moralną siłę, że wszyscy go podziwiali, której wszyscy ulegali i której wpływu nie dało się odebrać: była to postać moralna, pełna uczciwości, jasności, prostoty i heroicznej pokory.

GDYBY NIE ON

Gdyby nie on — być może Polski by dziś nie było.

Teraz wszystko się zmieniło; ale zmieniło się dlatego, że on potrafił przez tyle lat powstrzymać wszelkie prowokacje, wszelkie bezsensowne postawy. Wygląda na to, że nawet ci, którzy mówią, że nie wierzą w Boga, boją się, gdy rzeczy mówi się w imię Boga! Wygląda na to, że nawet ci, którzy twierdzą, że nie wierzą w Chrystusa, boją się, gdy mówi się o Chrystusie, i to mnie pociesza, bo na końcu wszyscy potrzebują łaski od Boga; wszyscy potrzebują pokoju i wszyscy potrzebują codziennego chleba, a jeśli grozi, że tego zabraknie, to wołają do Ojca, który jest w niebie. Te spotkania musiały być czymś niesamowitym. Byłem długo sam na wałach jasnogórskich, mierząc ten ogromny plac, i naprawdę wierzę, że widziałem go aż do drogi łączącej Częstochowę z Katowicami.

To właśnie wielka równowaga tego człowieka stworzyła współczesną historię Polski. Ta siła religijnego argumentu, bez mieszania się w inne sprawy. Ten człowiek zrozumiał coś, czego inni nie zrozumieli: że nie wolno opuszczać ludzi, nawet, gdy ich wybory są wątpliwe i być może bardzo złe.

Gdyby św. Piotr, który z Rzymu uczynił Stolicę Wikariusza Chrystusowego, wiedząc, że idzie do jamy lwa, nie poszedł tam, to nie byłoby stolicy chrześcijaństwa. Fakt, że tam pozostanie aż do końca czasów, jest największą gwarancją, jaką Włochy mają od Bożej Opatrzności. Nie możemy zapominać o tym: mamy przywileje, może nie dzięki naszym zasługom, ale dzięki Bożej Opatrzności, która nam je dała. Ten człowiek rozumiał dobrze jedno: nie wolno, powtarzam, nie wolno, opuszczać ludzi, nawet jeśli mają wątpliwe poglądy.

Kiedy prymas wracał na lotnisko w Warszawie, zawsze było tam pięćdziesiąt tysięcy ludzi, aby go powitać. Wiedząc o tych tłumach pojawiających się wszędzie tam, gdzie pojawiał się prymas, przyjechałem kiedyś do Polski i nie powiedziałem mu o tym, bo powtarzałem sobie: on zawsze przychodzi na lotnisko, czyli pięćdziesiąt tysięcy ludzi z nim… A żeby to się nie powtórzyło, nic mu nie powiedziałem. A on później przysłał mi list, w którym dał mi prztyczka w nos, bo przyjaciel nie powinien się tak zachowywać. A ja mu odpisałem z przeprosinami i powiedziałem: „Myślałem, że tak będzie dobrze”. Może popełniłem gafę, ale zrobiłem to w dobrej wierze. Nic nie zniszczyło naszej dobrej relacji – ani z mojej strony, ani z jego.

Ta ogromna równowaga pozwalała mu widzieć rzeczy, których inni nie dostrzegali – ustawiał wszystko na płaszczyźnie religijnej, ponieważ tylko z tej perspektywy można osiągnąć cele, nie wchodząc w bagno historii i nie mieszając się w nią na siłę.

To jest tajemnica tej wielkiej postaci, o takiej klasie, o takim formacie duchowym, że będzie zapamiętana na wieki.

ŚWIADECTWO PRZYJACIELA

Na zakończenie przytoczę fragment jego duchowego testamentu: „Nie napiszę testamentu duchowego, bo często jest on po prostu próżną pamiątką pośmiertną. Przyjdą nowe czasy, które będą wymagać nowych sił; Bóg je da we właściwym czasie. Zawierzyłem Polskę Najświętszej Maryi Pannie i wiem, że Ona nie pozwoli utracić swej siły Polsce. Kościołowi w Polsce służyłem według najlepszego mojego zrozumienia jego sytuacji i potrzeb. […] W stosunku do mojej Ojczyzny zachowuje pełną cześć i miłość. […] Przekonany o doniosłości przemian społecznych, służyłem bezinteresownie przez wiele lat warstwom robotniczym, zwłaszcza przez pracę kulturalno-oświatową, w duchu społecznych encyklik Papieży. Uważam, że pomimo przemian ustrojowo-politycznych dzieło to nie zostało jeszcze dokonane”.

Niewielu ludzi zrozumiało tak dobrze jak on swój czas, swój naród i jego przyszłość. Nie zdziwiłbym się, gdyby wokół Niego historia nadal się toczyła.

Moje słowa są tylko świadectwem przyjaciela. Myślę, że opisałem go wcale nie najgorzej!

Giuseppe Kardynał Siri

Genua, Quadrivium, 13 listopada 1981 r.

przekład: Joanna Olendzka (Mt 5,14)

śródtytuły: mt514.pl

Ogłoszenie wyboru papieża Jana Pawła II 16 października 1978 r. Stoją od lewej: kard. Stefan Wyszyński, bp Orazio Cocchetti (ceremoniarz papieski), kard. Paolo Bertoli, kard. Giuseppe Siri, papież Jan Paweł II i bp Virgilio Noè, fot. Associazione Cardinal Siri

GIUSEPPE KARD. SIRI (1906-1989) duchowny i doktor teologii, jeden z najważniejszych przedstawicieli Kościoła XX w. Prezbiter od 1928 r., w wieku 38 lat został biskupem pomocniczym, a w 1946 r. – arcybiskupem Genui. W 1953 r. razem z abp. Stefanem Wyszyńskim zostali wyniesieni przez papieża Piusa XII do godności kardynalskiej (1982-1989 – protoprezbiter w Kolegium Kardynalskim). Jako metropolita Genui znany był z zaangażowania społecznego. W latach 1958-1965 pełnił funkcję przewodniczącego Konferencji Episkopatu Włoch. Był jednym z najpoważniejszych papabili (swoim następcą widział go sam Pius XII) podczas konklawe 1958, 1963 i (dwukrotnie) 1978 r. Po ukończeniu 80 roku życia utracił prawo do udział w konklawe, a w 1987 r. złożył rezygnację z urzędu arcybiskupa, która została przyjęta.